czyli relacja z jarocińskiego festiwalu, bez zbędnego międlenia tematu reaktywacji bloga.
1. zebrało się ekipę w postaci Pana Pawła, Pana Michała Radka i Pana Kuby i oczywiście nadłożywszy drogi dotarło się na miejsce, zaopaskowało się i namiot rozbiło na polu, na które nie można było wnosić alkoholu ani wchodzić bez karty meldunkowej (co za idiotyzmy, oczywiście wszyscy śmigali z piwemwinemwódką, a obcy zbierali puszki i okradali namioty). byliśmy tak głodni, że, proszę sobie wyobrazić, poszliśmy coś zjeść, i okazało się, że nie jest jakoś horrendalnie drogo tam. i piwo zimne jest, a jeśli byłoby piwo zimne na wenus, to nawet tam byłoby życie.
2. chciałem sobie kumka olik zobaczyć jako ciekawostkę, no ale wtedy to piwo piliśmy i posilaliśmy się, zatem tylko słyszałem trochę tyłem siedząc, brzmiało jak z płyty właściwie. a potem nadeszła pora na Acid Drinkers, i była to zła pora, bo gdzież taka niemalże legenda przy świetle dziennym gra? dla kilkudziesięciu osób? pograli z nowej płyty (świetnej), poeksponowali nowego członka, który jest bardzo owłosionym i głośnym członkiem, stare kawałki też połoili, plus jeden Led Zeppelin. powinno się ich zamienić miejscami z happysadem.
3. Ignite. typowy amerykański politykujący punk, na temat tego politykowania to mam mieszane uczucia, ale jeśli chodzi o takie energetyczne granie to jestem na tak zdecydowanie. sam bym sobie tego nie włączył, ale genialnie to działa na żywo, i pierwszy solidny młyn można zaliczyć. na happysad idziemy oczywiście! pić, znaczy, idziemy, oczywiście!
4. Bad Brains. tak to jest - jak afroamerykanie chcą grać jazz-fusion, to grają reggae i w ten sposób są prekursorami hardcore punka... rozumie ktoś coś z tego? ja cały czas jestem w szoku, nie pasuje mi jeden składnik do drugiego, delikatny rasta wokalista podśpiewuje i macha rączkami do kosmicznego napierdolu, niby punk a wszyscy doskonali technicznie (tak wiem, że może tak być, ale jakoś przyzwyczajony do tego jestem, że punk nie równa się perfekcji wykonawczej). młócki naprzemiennie z rege i mamy najlepszy chyba koncert całego festiwalu, i restless youth chcącą więcej - gość bardzo przypominający Kazika dopycha się do barierki i krzyczy: Jebać to kurwa! Rozpierdolimy tą scenę! BAD BRAINS! To to ja rozumiem.
5. Editors. zapowiadało się na kolejny najlepszy koncert, i wszystko działało jak należy, jeno wokalista zwrotek nie dokańczał, i nie dokończył też koncert jak należy, bo głosu mu brakło po prostu. straszne, szczególnie dla jednodniowców. bezwględnie muszę się na pełnowymiarowy występ Editors wybrać, bo działa działa działa to na żywo! a najsmutniejsza rzecz jaką widziałem, to palacze przed drzwiami szpitali... (no bez tego kawałka, choćby i bez wokalu, to bym ich nie wypuścił, ale zagrali, na koniec, przepięknie).
6. krótko się spało, ale jednak się wyspało, mimo "bani" (BANIA!), "sto lat" dla Pabla czy "daj kamienia" i "gdzie jest szymon" oraz zawziętego bębniarza gdzieś tam. Pablo zresztą musiał o 2:37 iść i promować edukację wśród rybaków. ten to ma misję.
7. Czesław Śpiewa na żywo jest taki, jak sobie wyobrażałem. dużo śpiewania (no bo czego?), delikatne instrumenty w tle, zupełnie nierockowa forma genialnie sprawdzająca się na rockowym festiwalu, choć oczywiście też za jasna, za wcześnie, i za krótko (ledwo 40 min? grać, nie srać!)
8. The Automatic - jeszcze więcej energii niż Ignite, jeszcze bardziej bym sobie sam tego nie włączył, i jeszcze bardziej się utwierdzam w tym - jakieś nieznane mi indie-gówno, a bawię się lepiej jak na znanych mi nie-indie-nie-gównach.
9. Myslovtiz. leje, leje jak skurwysyn, ale zapłacono i na gwiazdę popatrzeć trzeba. o wiele bardziej spodobali mi się na żywo niż na płytach, grają solidnie, z pazurem, gdzie trzeba - klimatycznie, i jak wcześniej nimi nieco pogardzałem, to teraz bronił ich będę. za ten koncert w strugach deszczu. i na pewno się przejdę kiedyś na nich jeszcze.
10. leje jak skurwysyn na myslovitz? to na Armii leje po stokroć gorzej. ale ja tu dla tego zespołu przyjechałem (obok mnie gość przyjechał dla Siekiery, i od tej Siekiery miał tak zdarte gardło, jak ja godzinę później). Armia gra z dziećmi jarocina Ukrytą miłość, je je jeee, po czym dokurwia (przepraszam, ale mój słownik na taką moc ma tylko takie określenie!) Opowieść zimową i Popioły (aby najlepszym w ich oraz polskiego grania historii albumom stało się zadość), oraz cały der Prozess (aby słusznemu pretendentowi do miana jednego z najlepszych albumów w ich oraz polskiego grania historii - tak tak, aż tak się tym jaram! - stało się zadość). Budzy jest w najlepszej w życiu formie - zdziera gardziel niemiłosiernie, aktorzy, czapkę ma czarną miast błazeńskiej, pluje na publiczność (to z przesłaniem plucie było oczywiście, jaki to mały człowiek jest Przed prawem), skacze, łapami wymachuje. najlepszy obok BB dla mnie koncert tego festiwalu.
11. lało lało lało dalej więc schowałem się w namiocie i... zasnąłem na pierwszym kawałku New Model Army. przestało padać, ale Kubson mnie nie obudził, tylko sam se poszedł NMA oglądać, a oni ponoć dobrze grali, nawet Budzy na wokal wskoczył... żal mi strasznie, solennie przysięgam na najbliższy koncert NMA się udać (już jeden w krakówku przegapiłem byłem niestety). obudziłem się, i słyszę co? słyszę bring me back a dog in the next life!!! impuls jest jednoznaczny - biegnij, forest, i po chwili baunsuję do IAMX, dla którego też tu przecież jestem. nie pada. wszystkie kawałki lepiej niż należycie wykonane, ale mnie jakoś dziwnie, bo niedospany i przemoczony jestem. pewnie w ludzkich warunkach jeszcze bardziej by mi się podobało, ale tak to na drugim miejscu tego ajemeksa umieszczam, bynajmniej nie dlatego, że Chris Corner chyba jest gejem. może sobie być, jeśli ma dawać takie koncerty.
12. dnia trzeciego wzmogła się integracja oraz spożycie wina (do liczby około 6, ale mogę o czymś nie wiedzieć), zachowanie innych oraz własne przemilczę, ale, jak to się mówi po studencku, działo się (albo raczej - musiało się dziać, bo mogę o czymś nie wiedzieć, np kim jest "Jvita" w moim telefonie?). przez owo spożycie przegapiło się marię peszek, a to źle bardzo, bo ona bardzo drogo gra normalnie, a tu prawie za darmo jakby. no szkoda szkoda, bo może nie jaram się nią (tym bardzie, że znowu tyje, łee) i 50 PLN nie dam nigdy (może na offie, hm, ale co z tym offem właściwie...)
13. ufam, że na The (International) Noise Conspiracy bawiłbym się jak na Ignite i The Automatic, ale musiałem Pabla ratować, no i uratowałem go na kawałek 30-lecia Tiltu, a ten kawałek akurat był - jak zrozumiałem - Brygadą Kryzys wykonującą Centralę. poruszyło mnie, nie powiem, i historią powiało. ale my tu przyszly po co ynnego...
14. KNŻ. myślałem, że na trzeźwo takimi tekstami rzucał nie będę, ale jednak - pół życia słyszę, że nigdy tego na żywo nie usłyszę. Kazik w każdym wywiadzie powtarzał, że nie nie nie, a jam sobie marzył marzył. i spełniają się marzenia - Kazik Na Żywo na żywo istotnie gra. i choćby 35 kawałków zagrali, miałbym niedosyt, a tu zagrali niecałe 20, to jak mam nie mieć, mam niedosyt! poza tym Kazik jakiś taki spokojniejszy, schowany powiedziałbym, zero konferansjerki, może mu głupio trochę, że w całej swej niezależności zależny jest od rozkładu jazdy festiwalu i musi kończyć, i złudne nadzieje, że ta godzinna przerwa po knż to na półgodzinne bisowanie owego. nie nie. harmonogram to hitler, stalin, i wogle.
15. Animal Collective. to bardzo ciekawe, oryginalne, ale zmęczony byłem już potwornie, także nie angażowałem się, i ufam, że był to dobry koncert, ale ja go już nijak ocenić nie umiem. organizacja tegoż festiwalu mocno zawodziła, a bolała niekonsekwencja: koncerty mają być tu unikatowe formalnie (30-lecie Tiltu) jak i materialnie (Bad Brains), z drugiej strony żelazna rozpiska zakazuje jakiejkolwiek spontaniczności typu a teraz knż gra 10 kawałków na bis, generalnie zero jarocinowości w jarocinie. konkurs to jakiś taki nieistotny dodatek, zespoliki - wszystkie takie same - coś tam sobie rano pykały, ktośtam wygrał, ale co z tego? okazało się, że dyrektorem jest wokalista Much, no to ja dziękuję. na pewno mogło być lepiej, ale kilka momentów genialnych było. Jakub nawet przebąkiwał, że sporo rozwiązań wypada na korzyść Jarocina wobec Ołpenera - można wszystko zobaczyć, scena blisko. ja na openerze nie byłem (sam nie wiem czemu właściwie... Faith No More przegapić to już gorzki żal po prostu). nie byłem, mam nadzieję, jeszcze.
16. Bania! Bania, bania! O, bania, kurwa, sto lat! Chłopaki muszą wziąć łyka, bo wiecie, słońce też operuje dzisiaj... Gdzie jest Szymon?! Szyyymooon! Szymek!!! Daj kamienia! Nie weszłeś. Paweł (Panweł) śpi na przerwie. Padłeś - leż. Porzeczka. To ja poproszę mocne. Kupiłem czarny ciągnik... Paweł źle śpi - musi poprawić. Bania! Jakiś pijany koleś pisał wczoraj dziewczynom SS na szyi. Bania! Ktoś się musiał nieźle postarać, żeby to rozwalić. To się chrzań! Bania! [i mnóstwo innych takich, co tylko 4 panów rozumie. jak się tu komuś podoba jeszcze ten blog, to polecam przejrzeć, bo niedługo cenzura - ta której miało nie być - będzie, i nieodwracalne zniszczenia spowoduje w starszych postach.]
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
2 komentarze:
BANIAAAAAAAAAAA
Myślę, że dobrze streściłeś ten festiwal. No kurwa.
Your Page is Cool blog. I take it. I will her blogs which we are
http://agencje-towarzyskie.blogspot.com/
nice view,
Prześlij komentarz