aż wreszcie kiedyś nie.
poniedziałek, 6 września 2010
środa, 7 kwietnia 2010
a little trip down memory lane.


Okazuje się, że w poniedziałek wielkanocny nie trzeba iść do kościoła. Można obejrzeć durny film. Najlepiej trzy. Można wypić piwo w domu. Po wypiciu piwa w domu udajemy się z bratem do carpe diem, gdzie pijemy piwo, czekamy na pana Pawła, doświadczamy przelotnie obecności pana Medona, po przyjściu pana Pawła obciach robi niejaka Karolajn, trzeba znieść pytające spojrzenia brata i pana Pawła. Po piwku jeszcze. Odprowadzamy brata do kina i udajemy się do cafe belg. Po drodze uświadamiam sobie, że właściwie to nie mam ochoty na - jak brat mawia - jakikolwiek melanż dziś. Ale cała Częstochowa ma, ma parcie na party like there's no tomorrow, i przerzucają się deklaracjami, że o ja to wrócę pierwszym busem rano, a ja o 7, a ja to w ogóle kurwa nie wrócę, i imprezuję już trzeci dzień i w ogóle to jestem Marlena, Arleta, oczywiście nie pamiętam, i zapomnę tego wieczora jeszcze parę razy, będzie z tego śmiech, i ona potem za to niepamiętanie dostanie piwo, ale nie wiem po co, a chodzą słuchy, że nimfomanka.
Tymczasem z panem Michałem Radkiem robimy apdejt co do festiwali muzycznych, padają frazy w rodzaju "muse na Muse". W tym całym cafe belg mamy koleżankę Joannę, więc jest piwo taniej, a nawet za darmo.
Pojawia się ludność w postaciach Ewelin dwóch, Alusi, ich jakichś koleżanek, które, to potem się okaże, będą (co najmniej jedna) mówić do mnie po imieniu, tak "chodź, Tomasz, chodź", a ja nic z tego nie rozumiem i nie przedstawiłaś się, a pan Paweł się pyta kto to i my dalej nic nie wiemy do tej pory, aczkolwiek oko cieszy, napisałbym, że konotacje erotyczne niemalże, tylko co to, kurwa, są konotacje.
Na fajce dzwonimy do pana Kaczego i bardzo go z tego miejsca przepraszamy, że tak późno zadzwoniliśmy. on oczywiście nie mógł już podówczas udać się do tzw. miasta.
Pojawiają się niepokojące informacje o jakiejś płatnej imprezie w rurze, na którą będzie potem trzeba stać ze dwa razy w kolejce, a trzecim razem wejść bez kolejki.
Dorzucam się dwa złote do wódki i jest to uczciwy interes, ta wódka półlegalnie w tym cafe belg w tych szklankach z tym niby sprite'em, i trzeba to wszystko wypić, potem się dowiem, że to właściwie dwie różne wódki były, a to mocne cholerstwo, a dodać trzeba, że cały czas piwo carlsberg w samowolnej promocji wlewam w siebie.
I wchodzi Kamila z Kasią Rembisz i ja myślę, że ta Kamila się nazywa Karolina, i ja ją potem za to przeproszę, ale w zasadzie zbyt wiele kompromitacji tego wieczoru nie będzie. Bierzemy te wódki w plastkiowe kubeczki i idziemy stać w kolejce, ale nie idzie coś do tej rury, bo jest tłum i teraz
jak się komuś wydawało że jest chaos i bełkot alkoholowy to teraz
bohater wraca z paryża do buenos aires, proza staje się uboższa, mniej poetycka, coraz
bardziej sen to przypomina, i jak sobie to teraz przypominam, to jakbym sobie sen przypominał.
dwóch angoli pijanych chce tits, titties, man a ja jakimś cudem mam ulotkę flames bar floriańska no bo przecież nie franciszkańska, uwalniam się od was, idźcie tam.
przepraszam kolego, czy jest tu jakiś burdel w okolicy, bo ja wiem, że jest, tylko nie wiem gdzie
pyta dosyć zawile pan a ja mu mówię, że czy ja wyglądam jakbym potrzebował takich przybytków.
i taki deszczyk cały dzień pada, mży, powiedziałoby się, jest już ciemno, i gdzie, gdzie ja jestem,
co to za miasto, jakaś krakochowa, zasrany częstochów, dobrze, chodźmy na fajkę, mówię, okazuje się, sam do siebie, no i pod parasolem pod cafe belg - a to już nie powiem, że pamiętam - palę tego papierosa z - no fucking way - kasią rembisz, i zdaje się, że jakieś dawne, odległe, zamierzchłe, nieistniejące i niemające nigdy miejsca czasy wspominane są, jest kolejna już tego wieczoru kpina i drwina, i wykpiony i wydrwiony... może to potem było? widzę w bramie jakąś natalię, a potem panie władzo ja pamiętam, że pijemy wino z alą, gramy z alą w szachy, ale brakuje figur, więc gramy w warcaby, przegrywam w trzech ruchach, ultimate fail.
rozmawiamy o jakimś teatrze i kulturze i sztuce i o znanym obiecującym młodym częstochowsko-krakowskim fotografie (fotografiku?) nie rozmawiamy tylko wychodzimy (a ja podpierdalam syrop o smaku karmelu, o którymż to fakcie zorientuję sie dwa dni później), i jakoś przypadkiem wychodzimy w różne strony. i ja wchodzę do tej rury, i kulturalnie jestem traktowany, i pablo baunsuje jak dziki, a nieznany gruby, niski i łysy gość stawia mi wódkę i red bull, i co on myśli, ze mnie cokolwiek nakręci dzisiaj, nic mnie nie nakręci. ale jakoś wcześniej
spotkaliśmy kostniaka i sabinę i robiliśmy mu niemiłe - mam nadzieję - żarty z jego nowych niefiszowych okularów, a także ja się popisałem autoironią, pytając o paulę, a po zignorowaniu mego pytania, ponownie pytając o paulę. ale ta wódka od tego gościa to już był opór.
udaję się do taksówki i tam pan kierowca mówi mi że jestem najzajebistszym - a dochodzi już druga w nocy - młodym człowiekiem jakiego zna, bo kiepa do śmietnika wrzucam a nie na chodnik. to ja mu na to jakiś patriotyczny bełkot, no to on mnie pod niebiosa znowuż.
ale kurwa, na drugi dzień to miałem najgorszego kaca w życiu, dajcież spokój. więcej takich imprez żebym potem nie mógł wstać przez 16 godzin. (a mam kołdrę taką wielką, że i żona, i dziecko, i ja byśmy się zmieścili, niektórzy to mają w moim wieku, a ja nie mam, ani żony, ani dziecka. ani siebie).
i utożsamiam się trochę z tym panem, i z tym panem, i z tympanonem.
sobota, 6 lutego 2010
life's too short to dance with fat chicks
teraz będzie zaklinanie.
niech się skończy ten miesiąc.
kurwa, niech on się skończy.
niech na polu będzie temperatura dodatnia.
niech mi odłączą internet razem z ogrzewaniem.
o, i żeby piękne zawijasy były w indeksie przy
samych pozytywnych ocenach żebym go mógł
schować gdzieś i zapomnieć i z paniką na
twarzy jedynie szukać dopiero w czerwcu
niech mi się skończy wino i pomysły
na marnowanie czasu. niech nie dostanę raka
od półtorej paczki dziennie. ale też niech
w najbliższym sklepie będą goluazy.
niech ktoś tu posprząta.
niech koncerty będą gdzieś, gdzie nie
trzeba dojeżdżać tramwajem
ani iść tam w ogóle. i mniej życzliwości
sobie i wszystkim życzę, bo po co
się oszukiwać i potem pić za
życie bez złudzeń
i wolny kaukaz
jednocześnie.
niech się skończy ten miesiąc.
kurwa, niech on się skończy.
niech na polu będzie temperatura dodatnia.
niech mi odłączą internet razem z ogrzewaniem.
o, i żeby piękne zawijasy były w indeksie przy
samych pozytywnych ocenach żebym go mógł
schować gdzieś i zapomnieć i z paniką na
twarzy jedynie szukać dopiero w czerwcu
niech mi się skończy wino i pomysły
na marnowanie czasu. niech nie dostanę raka
od półtorej paczki dziennie. ale też niech
w najbliższym sklepie będą goluazy.
niech ktoś tu posprząta.
niech koncerty będą gdzieś, gdzie nie
trzeba dojeżdżać tramwajem
ani iść tam w ogóle. i mniej życzliwości
sobie i wszystkim życzę, bo po co
się oszukiwać i potem pić za
życie bez złudzeń
i wolny kaukaz
jednocześnie.
poniedziałek, 1 lutego 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)