los paskudny nie poprzestał na zohydzeniu studiów czy komfortu samotnego mieszkania. los paskudny postanowił zohydzić jeden z niewielu powodów wychylania się poza apartament, mianowicie koncerty.
gdybym w jakimś kulturalnym pierdoldyku - przed czym broń Boże, ja nawet na tym blogu nie chcę pisać - pisał i dostał za zadanie relację sobotniego koncertu w częstochowskim klubie zero, byłoby to nie lada wyzwanie. bo to aż się nie godzi tak jeździć po czymś - nawet z uzasadnieniem - i żeby to potem ludzie czytali i, o zgrozo, mieli sobie na podstawie tego jakąś opinię wyrobić. ale tutaj nikt nie czyta, więc wolnym od trosk.
bo miało być tak pięknie, niewidziany jeszcze w życiu zespół grający niemalże na urodziny plus alkoholowy bój z rzadko widywanym panem pawłem, świętującym koniec pracy w najbardziej chyba babilońskiej instytucji. chuj! najpierw za daleko przejechane tramwajem, zatem spacerek, a pod klubem jeszcze małe przetrzymanko na mrozie. chyba tylko brak tłumów był pozytywem. no dobrze, pozytywem były też ceny w barze, ale to taki pozorny pozytyw, gdyż skutkuje pozostawieniem w owym barze bardzo nieprzemyślanej ilości pieniędzy i równie nieprzemyślanym zmieszaniem trunków, co w konsekwencji miast przyjemnego stanu daje raczej, hm, stan pt. 'o jezu zara sie zerzyhaa". jeszcze na czczo. źle. ale to tylko z naszej własnej winy, więc może nieładnie tak narzekać.
nie z naszej winy koncert rozpoczął zespół sorry boys, co go niegdyś piotr kaczkowski puszczał, i jest to jeden z tych zespołów przez które na kaczkowskiego można było narzekać, jest to Jeden Z Tysiąca Zespołów Alternatywnych (co jest tylko półkę wyżej nad Jeden Z Miliona Epigonów Comy), jest to nijakie, wsteczne i mdli mnie, a wokalistka, co plusem zasadniczo powinna być, to chyba się oszczędzała tego wieczoru.
drugim zespołem był na poły nawet wyczekiwany przeze mnie l.stadt, którego album nie był może dla mnie jakimś wydarzeniem (też swoją drogą kapela pierwszy raz u kaczkowskiego słyszana), ale generalnie ponoć był, więc warto 'sczaić o co halo' (są ludzie, którzy tak mawiają, istotnie dziś w pociągu słyszałem naprawdę rozbudowaną konwersację w tym stylu), poza tym jak się wsłuchałem to podobał mi się ten album, ciekawy i oryginalny sound oczekujący tylko (i rokujący nadzieje) na jakieś twórcze rozwinięcie. niestety, odtworzenie owego soundu okazało sie niemożliwe do osiągniecia na żywo, i wyróżniający się na polskiej scenie l.stadt zabrzmiał jak JZTZA. no szkoda, rozczarowanko, przykrość.
no i nadeszło oczekiwane pogodno. bez efektownego wejścia, po prostu próbowanie nagłośnienia przez członków zespołu - tu brak energii jest zrozumiały, ale brak energii przez praktycznie cały koncert nie jest zrozumiały. istotnie, nie szło odróżnić utworów od owych saundczeków. aranżacje nieciekawe (może poza saksofonem tu i tam), brzmienie zespołu w rodzaju: nie umiemy grać to powiemy że gramy psychodelię, o Boże drogi, aż mi się jesus brothers przypomniało! wokal niesłyszalny. członkowie zespołu z pozą pt. ukryjmy zagubienie pod maską ironii, że to niby tak specjalnie psujemy tą całą muzykę. tragiczny brak dynamiki, monotonia, urywanie utworów. jestem pewien, że pomysł na to wszystko był, może nawet był to dobry pomysł, ale realizacja, no, przemilczałbym, ale właśnie o tym piszę.
na wstępie Budyń zadeklarował: czy ktoś chce czy nie, ten zespół nazywa się Pogodno. otóż jacku drogi jacku, ja nie chcę. ja wiem, żeś jedynym członkiem pierwotnego składu, że to twój zespół i możesz sobie z nim robić co chcesz. jak nie chcesz grać piosenek znanych, to chociaż te mniej znane, na miłość boską, jakoś wykonuj. bis, na którym budyń pozostał sam i jakoś bardzo pokrętnie odcinał się od grania Pani w obuwniczym czy Orkiestry, że niby co, przepraszam, te dziewczyny jakieś głupsze są, gorzej muzykę rozumieją, bo chcą hiciora usłyszeć?! no cóż, propozycja muzyczna pana szymkiewicza w niniejszej konfiguracji nie powinna moim zdaniem nosić miana "Pogodno". bo takie ogólnorozumiane pogodno to jednak doktor inżynier marcin endrju macuk, ostatni śląski hrabia hrabia fochmann oraz pewna pani na wokalu oraz sekcja dęta.
jak się chce zacząć od nowa, to niech się zrobi po waglewskiemu: nowa płyta i tylko ona grana na koncertach. a nie - ogłoszenie trasy a potem wydrenowanego składu.
wiem, że się czepiam, że przesadzam. ale życie mi to niszczy, bo oto na koncerty mi się odechciewać zaczyna (ochrona na kulcie, nagłośnienie na fiszu, teraz to coś - paradoksalnie sorry boys lepszy niż l.stadt i pogodno, bo najmniej rozczarowujący!), a jak się właśnie odechce, to wychodził nie będę, o, będę masło przez internet zamawiał, i gnił będę.
poniedziałek, 2 listopada 2009
piątek, 30 października 2009
dalej - dalej - aż kiedy stoczyć się przyjdzie do grobu.
oto z dniem dzisiejszym przestaje się być nastolatkiem, wypadałoby więc przybrać gębę jakąś poważniejszą, a nie że tak tylko koncerciki, wódka, dziwki i pozorowanie nauki.
pałętam się po tym łez padole lat 20 i przyznam, iż wielcem rozczarowany.
ludzie są głupi. i brzydcy.
wydaje mi się, że prędzej czy później cała ludzkość pierdolnie na łeb na szyję.
ludzie kłamią. więc na pewno nie warto wierzyć im. a już na pewno nie warto wierzyć im w Boga.
zatem szukam Go sobie samemu i pewnie jeszcze to trochę potrwa.
nie ma sensu życia. albo - sensem życia jest szukanie sensu życia: co to za bzdury? nie ma sensu. a ja osobiście nie zabijam się gdyż lubię sobie posłuchać muzyki i obejrzeć film, a ponieważ jeszcze całej nie usłyszałem i wszystkich nie obejrzałem, no to nie zabijam się. jednakże naprawdę nie rozumiem, dlaczego inni ludzie się nie zabijają. naprawdę.
studia mam nudne, nie ma co się oszukiwać. nauczyć się trzeba pewnego jakby wzoru, a potem są już tylko wariacje na jego temat, ale to nie jest Bolero Ravela, żeby wariacje na temat miały być ciekawe. a studiuję osobiście chyba tylko po to, żeby oddalić perspektywę dołączenia do społeczeństwa jako takiego, oddalić wyrok pójścia do pracy i monotonii from 9 to 5 (w przesympatycznym polskim wariancie from 8 to 18, a tak nawiasem mówiąc - po to nawias zrobiłem - to mieszkam na przeciwko kancelarii jakowejś, i światło tam przed 23 nie gaśnie nigdy. i co, mam po studiach za jakieś psie pieniądze tak zapierdalać?! na zdrowy rozsądek - czy lepiej nie mieć życia tylko pracę, czy lepiej nie mieć życia poprzez samobójstwo, żeby tym skurwysynom, którzy nam taki świat fundują nie pracować na emeryturę?).
mieszkam w Polsce. jest to moja ukochana ojczyzna - i nic to nie znaczy tak naprawdę. Nie pytaj o Polskę - bo tak naprawdę nie mam ci nic dobrego do powiedzenia o niej. z tego patriotyzmu ani ona, ani ja, nic nie mamy. na tym chyba polega prawdziwa miłość. mieszkam w kraju, w którym z każdego miejsca widzę jakiegoś żula (nie dlatego, żebym lusterko przy sobie nosił, nie noszę). rozumiem mojego brata, który uciekł z tego chorego miejsca bez zamiaru powrotu.
mnie się nie będzie chciało uciec - mnie się nie chce nic. nawet minimum w stylu zrobienia se śniadania mi się nie chce. jesteś leń, powie ktoś, jesteś w depresji, powie ktoś inny. nie chce mi się nawet nad tym zastanawiać.
aby należycie rozpocząć ostatni dzień reszty życia swojego, przeczytałem z rana relację z pogrzebu Macieja Rybińskiego - niezbyt sławnego, ale mistrza pióra. księcia felietonistów z genialnym poczuciem humoru i niezwykłą swobodą ostrej krytyki świata, na którym to parszywym żywoty wieść nam przyszło. teksty p. Macieja zawsze jakąś ulgą były, ostoją normalności, uśmiechem mordę moją wykrzywiały. powiedzmy, że jeszcze wykrzywia się ona w uśmiechu, z rzadka, ale jednak. byłbym wdzięczny, gdyby w kolejnym roku życia powykrzywiała się nieco częściej.
niebycie nastolatkiem jest zdecydowanie zbyt poważne i jak to sam czytam co sam piszę to wieje grozą że co to będzie za życie teraz że aż strach, gdy tymczasem nie zmieni się nic, nie będę nic tworzył, o nie, nie będę pilnie zdobywał wiedzy, nie będzie żadnej walki o nic, będzie pusto w mieszkaniu dlatego idzie się jutro na piwko na koncert zespołu nomen omen Pogodno.
bania, kurwa, sto lat!
pałętam się po tym łez padole lat 20 i przyznam, iż wielcem rozczarowany.
ludzie są głupi. i brzydcy.
wydaje mi się, że prędzej czy później cała ludzkość pierdolnie na łeb na szyję.
ludzie kłamią. więc na pewno nie warto wierzyć im. a już na pewno nie warto wierzyć im w Boga.
zatem szukam Go sobie samemu i pewnie jeszcze to trochę potrwa.
nie ma sensu życia. albo - sensem życia jest szukanie sensu życia: co to za bzdury? nie ma sensu. a ja osobiście nie zabijam się gdyż lubię sobie posłuchać muzyki i obejrzeć film, a ponieważ jeszcze całej nie usłyszałem i wszystkich nie obejrzałem, no to nie zabijam się. jednakże naprawdę nie rozumiem, dlaczego inni ludzie się nie zabijają. naprawdę.
studia mam nudne, nie ma co się oszukiwać. nauczyć się trzeba pewnego jakby wzoru, a potem są już tylko wariacje na jego temat, ale to nie jest Bolero Ravela, żeby wariacje na temat miały być ciekawe. a studiuję osobiście chyba tylko po to, żeby oddalić perspektywę dołączenia do społeczeństwa jako takiego, oddalić wyrok pójścia do pracy i monotonii from 9 to 5 (w przesympatycznym polskim wariancie from 8 to 18, a tak nawiasem mówiąc - po to nawias zrobiłem - to mieszkam na przeciwko kancelarii jakowejś, i światło tam przed 23 nie gaśnie nigdy. i co, mam po studiach za jakieś psie pieniądze tak zapierdalać?! na zdrowy rozsądek - czy lepiej nie mieć życia tylko pracę, czy lepiej nie mieć życia poprzez samobójstwo, żeby tym skurwysynom, którzy nam taki świat fundują nie pracować na emeryturę?).
mieszkam w Polsce. jest to moja ukochana ojczyzna - i nic to nie znaczy tak naprawdę. Nie pytaj o Polskę - bo tak naprawdę nie mam ci nic dobrego do powiedzenia o niej. z tego patriotyzmu ani ona, ani ja, nic nie mamy. na tym chyba polega prawdziwa miłość. mieszkam w kraju, w którym z każdego miejsca widzę jakiegoś żula (nie dlatego, żebym lusterko przy sobie nosił, nie noszę). rozumiem mojego brata, który uciekł z tego chorego miejsca bez zamiaru powrotu.
mnie się nie będzie chciało uciec - mnie się nie chce nic. nawet minimum w stylu zrobienia se śniadania mi się nie chce. jesteś leń, powie ktoś, jesteś w depresji, powie ktoś inny. nie chce mi się nawet nad tym zastanawiać.
aby należycie rozpocząć ostatni dzień reszty życia swojego, przeczytałem z rana relację z pogrzebu Macieja Rybińskiego - niezbyt sławnego, ale mistrza pióra. księcia felietonistów z genialnym poczuciem humoru i niezwykłą swobodą ostrej krytyki świata, na którym to parszywym żywoty wieść nam przyszło. teksty p. Macieja zawsze jakąś ulgą były, ostoją normalności, uśmiechem mordę moją wykrzywiały. powiedzmy, że jeszcze wykrzywia się ona w uśmiechu, z rzadka, ale jednak. byłbym wdzięczny, gdyby w kolejnym roku życia powykrzywiała się nieco częściej.
niebycie nastolatkiem jest zdecydowanie zbyt poważne i jak to sam czytam co sam piszę to wieje grozą że co to będzie za życie teraz że aż strach, gdy tymczasem nie zmieni się nic, nie będę nic tworzył, o nie, nie będę pilnie zdobywał wiedzy, nie będzie żadnej walki o nic, będzie pusto w mieszkaniu dlatego idzie się jutro na piwko na koncert zespołu nomen omen Pogodno.
bania, kurwa, sto lat!
sobota, 17 października 2009
politics and war of ecstasy
doświadczyłem dziś cudu i śpieszę, co by o tym świat powiadomić. otóż cud ów miał miejsce w klubie rotunda w krakowie o godzinie około 19:30 czasu miejscowego. mianowicie, nabyłem tam lane piwo marki żywiec które było... bardzo smaczne. jest to cud nad cudy albowiem nawet butelkowe piwo marki żywiec nie jest smaczne, bo to że lane piwo nie jest smaczne wiadomo każdemu kto pił kiedyś lane piwo a szczególnie lane piwo podczas koncertu w rotundzie. aby rozwiać wszelkie wątpliwości nabyłem kolejne takowe i również było bardzo smaczne. świat się kończy.
wbrew temu co jeden i drugi może sobie o mnie pomyśleć, nie przybyłem do rotundy jednak w celu degustacji piwa, gdyż, jak można z powyższego akapitu wnioskować, tamtejszym piwem jestem co do zasady zdegustowany. nie jestem zdegustowany natomiast estetyką projektu muzycznego iamx, którego to koncert miał miejsce. muzycznie to zaraz, a wizualnie to nie degustuje mnie estetyka nadmienionego projektu albowiem jakkolwiek kontrowersyjna, nie wpierdala się po chamsku (jak np marilyn manson się swego czasu wpierdalał, z poniekąd pokrewną do pewnego stopnia muzyką), lecz frapuje i intryguje (bardzo dobrze udawać, że się zna i rozumie takie słowa, ponieważ normalnie nie można by było się wysłowić, a tak to proszę, można).
wpierw jednak na scenie pojawił się nieznany mi i niezapowiedziany osobnik (co, jak wspomniał, było ok, bo w sumie pojawił się jakby za darmo, ba, wirtualnie jego 2 zespoły pojawiły się za darmo). pośpiewał trochę akompaniując sobie trochę gitarą a trochę z taśmy, jeden utwór kojarzył mi się z takim czymś czym kostniak niemiłosiernie katował mnie niegdyś, mianowicie junior boys, natomiast większość utworów jak to ma miejsce w większości utworów tzw. muzyki elektronicznej nie kojarzyła mi się z niczym i była raczej bez wyrazu i mogłaby nosić miano tzw. ambitnego popu z niezbyt ciekawym wokalem (nie znam się, tak sobie bredzę, może to jednak nie było takie złe). dobrze o tyle, że ów support, którego personalia pozostają dla mnie tajemnicą (ale zaraz go dojadę i okradnę bo jestem kurwą i schylam się po kradzione, a co) nie był jakąś kserokopią czy jak to mawiają poloniści epigonem głównego bohatera wieczoru.
następnie nastąpiła następująca rzecz, rzecz przerażająca, z której otrząsnąć się nie mogę do tej pory i zapewne nie zdaję sobie sprawy jak bliski śmierci bylem i nikomu z państwa tego nie życzę, mianowicie miał miejsce didżejski secik, na szczęście nie był ów didżej na scenie machający łapami lub łapami trzymający słuchawy, lecz zapewne był to didżejski secik wcześniej skompilowany lub co najwyżej kreowany przez pana zajmującego się brzmieniem koncertu czy coś w ten smak. nie zmienia to faktu że było to najprawdziwsze techno (ja nie znam się i jestem przekonany, że to nie było techno, tylko jakieś minimal electro czy jakiś inny alias pierdzenia w jednym tempie na jednym dźwięku). owo mistyczne doznanie polega na tym, że gra się około 30-45 taktów w zasadzie identycznych, przy czym przy ostaniej 1/3 taktów podbija się basy, po czym następuje mniej lub bardziej rozbudowane przejście (czasem w postaci jednego dźwięku uderzenia w werbel), a następnie około 30-45 taktów. aha, żeby obalić mit całkowitej monotonii - mają czasem miejsce zmiany tempa. co nie zmienia faktu, że dźwięki (muzyką tego nie nazwę, ale nie w ten sposób że jestem metalem i hiphopu muzyką nie nazwę) te momentami do złudzenia przypominały pierdnięcia i nie była to bynajmniej wina nagłośnienia w rotundzie.
cieszyło, że ludzkość się przy tym raczej nie bawi, bo gdyby bawiła się, zapewne opuściłbym miejsce gdyż nie byłoby to właściwe miejsce dla mnie. łudziłem się, że owo techno to wydłużone intro do koncertu (na to wyszło, ale kurwa to intro w rodzaju przed koncertem iron maiden posłuchamy 30 minut przemówienia churchilla), ale otwieracz będący tytułowym utworem z ostatniej płyty iamx żadnego intra nie potrzebuje. muszę zaznaczyć, że podobało mnie się od samego początku do samego końca. i zastanawiam się co takiego w ajemeksie jest, że tak się oto mnie podoba. jest to przecież w zdecydowanej większości definicji muzyka elektroniczna, ale wypada zaznaczyć, że (szczególnie na 2 albumie oraz we wszystkich wykonaniach na żywo) jest to mariaż elektroniki z nieprzyjemnym dla standardowego ucha brzmieniem gitarowym, jak również utwory mają konstrukcję którą można obiektywnie nazwać stricte rockową (tu skojarzenie z voo voo grającą wszelkie chyba gatunki muzyczne ubrane w tęże konstrukcję). podoba mnie się tym bardziej, że właściwie na koncertach cała muzyka jest grana na żywo (tu skojarzenie z nine inch nails, obok których iamxa, chociaż oczywiście mniej znanego i troszkę innego jednak, ale obok nin właśnie postawiłbym), co daje jako taki industrial aczkolwiek etykietowanie takie jest dla mnie zbyt skomplikowane, dodam natomiast, że kojarzy mnie się momentami z rammsteinem, tudzież mam wrażenie jakby to marilyn mansom wspomniany nauczył się śpiewać i dźwięk mocno uszlachetnił.
śpiew w projekcie iamx to domena niejakiego chrisa cornera i nie będę udawał że go wcześniej znałem skądś bo nie znałem. nie jest to ten gość z soundgarden. on się nawet inaczej nazywa. a może to ten z audioslave? też chyba nie. no więc śpiew jego jest dla mnie zachwycający ponieważ jest to chyba jedyny gość, który ma falset który mego ucha nie razi. o tak, przekonany byłem że to jakaś pani te wysokie dźwięki wykonuje, ale nie, to on sam. swoją drogą jest w zespole pani która się nieco wokalnie produkuje, i bardzo ładnie, ale głównie gra na instrumentach klawiszowych a czasami strunowych szarpanych, jak również ma niesamowitą fryzurę taką jak na jarocinie, z czego wnioskuję, że ona ją ma na stałe. nie wiem czy na stałe ma chris corner takie ubranka (spódniczkę chyba tam dojrzałem nawet?), chociaż on części garderoby rozdaje, żeby nie było tak że on same ręczniki z ikei rozdaje, więc on ubranka nie ma na stałe, ale jak je ma to one mają podkreślać zapewne cały ten cyrk jakim jest iamx (gdyż wedle słów lidera "nie jest to glam, jest to cyrk"). nie będę się zagłębiał w tematykę tekstów, jest to tematyka wielce interesująca a autor tekstów jako człowiek wykształcony (i tu pozdro600 dla pewnej studentki filozofii co pewnie pierwsza to przeczyta) filozoficzne pisać umie.
summum ius summa iniuria, koncert podobał mi się wielce, jak również podobał mi się fakt, iż rotunda nie straciła swego magicznego i kultowego charakteru który to polega na tym, że artysta wychodzi zazwyczaj na "drugie" bisy. stąd w sumie 6 utworów na bis (za każdym razem myślałem że to koniec a oni ciągle ciągle jeszcze jakiegoś asiora z rękawa wyciągali jakiś jeszcze jeden świetny kawałek muszę zaznaczyć że 2 i 3 płyta zdominowały koncert a to są te lepsze płyty wg mnie), nie zabrakło przebojów Spit It Out oraz Think of England, a sam koncert niemal dwugodzinny zadowolił mnie wielce, należy wspomnieć, że okraszony był wizualizacjami o tyle prostymi i topornymi co ciekawymi, czasami przedstawiającymi chmurki i literki a czasami nagie ludzkie ciała.
jestem zatem człowiekiem zadowolonym i generalnie u mnie dobrze (pomijając rejestracyjny burdel na uczelni) do tego stopnia, że wymyślam żenujące jakieś wypowiedzi, poniżej przykład.
na prawie są fajni ludzie, jak sama nazwa wskazuje - prawie.
wbrew temu co jeden i drugi może sobie o mnie pomyśleć, nie przybyłem do rotundy jednak w celu degustacji piwa, gdyż, jak można z powyższego akapitu wnioskować, tamtejszym piwem jestem co do zasady zdegustowany. nie jestem zdegustowany natomiast estetyką projektu muzycznego iamx, którego to koncert miał miejsce. muzycznie to zaraz, a wizualnie to nie degustuje mnie estetyka nadmienionego projektu albowiem jakkolwiek kontrowersyjna, nie wpierdala się po chamsku (jak np marilyn manson się swego czasu wpierdalał, z poniekąd pokrewną do pewnego stopnia muzyką), lecz frapuje i intryguje (bardzo dobrze udawać, że się zna i rozumie takie słowa, ponieważ normalnie nie można by było się wysłowić, a tak to proszę, można).
wpierw jednak na scenie pojawił się nieznany mi i niezapowiedziany osobnik (co, jak wspomniał, było ok, bo w sumie pojawił się jakby za darmo, ba, wirtualnie jego 2 zespoły pojawiły się za darmo). pośpiewał trochę akompaniując sobie trochę gitarą a trochę z taśmy, jeden utwór kojarzył mi się z takim czymś czym kostniak niemiłosiernie katował mnie niegdyś, mianowicie junior boys, natomiast większość utworów jak to ma miejsce w większości utworów tzw. muzyki elektronicznej nie kojarzyła mi się z niczym i była raczej bez wyrazu i mogłaby nosić miano tzw. ambitnego popu z niezbyt ciekawym wokalem (nie znam się, tak sobie bredzę, może to jednak nie było takie złe). dobrze o tyle, że ów support, którego personalia pozostają dla mnie tajemnicą (ale zaraz go dojadę i okradnę bo jestem kurwą i schylam się po kradzione, a co) nie był jakąś kserokopią czy jak to mawiają poloniści epigonem głównego bohatera wieczoru.
następnie nastąpiła następująca rzecz, rzecz przerażająca, z której otrząsnąć się nie mogę do tej pory i zapewne nie zdaję sobie sprawy jak bliski śmierci bylem i nikomu z państwa tego nie życzę, mianowicie miał miejsce didżejski secik, na szczęście nie był ów didżej na scenie machający łapami lub łapami trzymający słuchawy, lecz zapewne był to didżejski secik wcześniej skompilowany lub co najwyżej kreowany przez pana zajmującego się brzmieniem koncertu czy coś w ten smak. nie zmienia to faktu że było to najprawdziwsze techno (ja nie znam się i jestem przekonany, że to nie było techno, tylko jakieś minimal electro czy jakiś inny alias pierdzenia w jednym tempie na jednym dźwięku). owo mistyczne doznanie polega na tym, że gra się około 30-45 taktów w zasadzie identycznych, przy czym przy ostaniej 1/3 taktów podbija się basy, po czym następuje mniej lub bardziej rozbudowane przejście (czasem w postaci jednego dźwięku uderzenia w werbel), a następnie około 30-45 taktów. aha, żeby obalić mit całkowitej monotonii - mają czasem miejsce zmiany tempa. co nie zmienia faktu, że dźwięki (muzyką tego nie nazwę, ale nie w ten sposób że jestem metalem i hiphopu muzyką nie nazwę) te momentami do złudzenia przypominały pierdnięcia i nie była to bynajmniej wina nagłośnienia w rotundzie.
cieszyło, że ludzkość się przy tym raczej nie bawi, bo gdyby bawiła się, zapewne opuściłbym miejsce gdyż nie byłoby to właściwe miejsce dla mnie. łudziłem się, że owo techno to wydłużone intro do koncertu (na to wyszło, ale kurwa to intro w rodzaju przed koncertem iron maiden posłuchamy 30 minut przemówienia churchilla), ale otwieracz będący tytułowym utworem z ostatniej płyty iamx żadnego intra nie potrzebuje. muszę zaznaczyć, że podobało mnie się od samego początku do samego końca. i zastanawiam się co takiego w ajemeksie jest, że tak się oto mnie podoba. jest to przecież w zdecydowanej większości definicji muzyka elektroniczna, ale wypada zaznaczyć, że (szczególnie na 2 albumie oraz we wszystkich wykonaniach na żywo) jest to mariaż elektroniki z nieprzyjemnym dla standardowego ucha brzmieniem gitarowym, jak również utwory mają konstrukcję którą można obiektywnie nazwać stricte rockową (tu skojarzenie z voo voo grającą wszelkie chyba gatunki muzyczne ubrane w tęże konstrukcję). podoba mnie się tym bardziej, że właściwie na koncertach cała muzyka jest grana na żywo (tu skojarzenie z nine inch nails, obok których iamxa, chociaż oczywiście mniej znanego i troszkę innego jednak, ale obok nin właśnie postawiłbym), co daje jako taki industrial aczkolwiek etykietowanie takie jest dla mnie zbyt skomplikowane, dodam natomiast, że kojarzy mnie się momentami z rammsteinem, tudzież mam wrażenie jakby to marilyn mansom wspomniany nauczył się śpiewać i dźwięk mocno uszlachetnił.
śpiew w projekcie iamx to domena niejakiego chrisa cornera i nie będę udawał że go wcześniej znałem skądś bo nie znałem. nie jest to ten gość z soundgarden. on się nawet inaczej nazywa. a może to ten z audioslave? też chyba nie. no więc śpiew jego jest dla mnie zachwycający ponieważ jest to chyba jedyny gość, który ma falset który mego ucha nie razi. o tak, przekonany byłem że to jakaś pani te wysokie dźwięki wykonuje, ale nie, to on sam. swoją drogą jest w zespole pani która się nieco wokalnie produkuje, i bardzo ładnie, ale głównie gra na instrumentach klawiszowych a czasami strunowych szarpanych, jak również ma niesamowitą fryzurę taką jak na jarocinie, z czego wnioskuję, że ona ją ma na stałe. nie wiem czy na stałe ma chris corner takie ubranka (spódniczkę chyba tam dojrzałem nawet?), chociaż on części garderoby rozdaje, żeby nie było tak że on same ręczniki z ikei rozdaje, więc on ubranka nie ma na stałe, ale jak je ma to one mają podkreślać zapewne cały ten cyrk jakim jest iamx (gdyż wedle słów lidera "nie jest to glam, jest to cyrk"). nie będę się zagłębiał w tematykę tekstów, jest to tematyka wielce interesująca a autor tekstów jako człowiek wykształcony (i tu pozdro600 dla pewnej studentki filozofii co pewnie pierwsza to przeczyta) filozoficzne pisać umie.
summum ius summa iniuria, koncert podobał mi się wielce, jak również podobał mi się fakt, iż rotunda nie straciła swego magicznego i kultowego charakteru który to polega na tym, że artysta wychodzi zazwyczaj na "drugie" bisy. stąd w sumie 6 utworów na bis (za każdym razem myślałem że to koniec a oni ciągle ciągle jeszcze jakiegoś asiora z rękawa wyciągali jakiś jeszcze jeden świetny kawałek muszę zaznaczyć że 2 i 3 płyta zdominowały koncert a to są te lepsze płyty wg mnie), nie zabrakło przebojów Spit It Out oraz Think of England, a sam koncert niemal dwugodzinny zadowolił mnie wielce, należy wspomnieć, że okraszony był wizualizacjami o tyle prostymi i topornymi co ciekawymi, czasami przedstawiającymi chmurki i literki a czasami nagie ludzkie ciała.
jestem zatem człowiekiem zadowolonym i generalnie u mnie dobrze (pomijając rejestracyjny burdel na uczelni) do tego stopnia, że wymyślam żenujące jakieś wypowiedzi, poniżej przykład.
na prawie są fajni ludzie, jak sama nazwa wskazuje - prawie.
czwartek, 23 lipca 2009
wóda dziwki konserwy
czyli relacja z jarocińskiego festiwalu, bez zbędnego międlenia tematu reaktywacji bloga.
1. zebrało się ekipę w postaci Pana Pawła, Pana Michała Radka i Pana Kuby i oczywiście nadłożywszy drogi dotarło się na miejsce, zaopaskowało się i namiot rozbiło na polu, na które nie można było wnosić alkoholu ani wchodzić bez karty meldunkowej (co za idiotyzmy, oczywiście wszyscy śmigali z piwemwinemwódką, a obcy zbierali puszki i okradali namioty). byliśmy tak głodni, że, proszę sobie wyobrazić, poszliśmy coś zjeść, i okazało się, że nie jest jakoś horrendalnie drogo tam. i piwo zimne jest, a jeśli byłoby piwo zimne na wenus, to nawet tam byłoby życie.
2. chciałem sobie kumka olik zobaczyć jako ciekawostkę, no ale wtedy to piwo piliśmy i posilaliśmy się, zatem tylko słyszałem trochę tyłem siedząc, brzmiało jak z płyty właściwie. a potem nadeszła pora na Acid Drinkers, i była to zła pora, bo gdzież taka niemalże legenda przy świetle dziennym gra? dla kilkudziesięciu osób? pograli z nowej płyty (świetnej), poeksponowali nowego członka, który jest bardzo owłosionym i głośnym członkiem, stare kawałki też połoili, plus jeden Led Zeppelin. powinno się ich zamienić miejscami z happysadem.
3. Ignite. typowy amerykański politykujący punk, na temat tego politykowania to mam mieszane uczucia, ale jeśli chodzi o takie energetyczne granie to jestem na tak zdecydowanie. sam bym sobie tego nie włączył, ale genialnie to działa na żywo, i pierwszy solidny młyn można zaliczyć. na happysad idziemy oczywiście! pić, znaczy, idziemy, oczywiście!
4. Bad Brains. tak to jest - jak afroamerykanie chcą grać jazz-fusion, to grają reggae i w ten sposób są prekursorami hardcore punka... rozumie ktoś coś z tego? ja cały czas jestem w szoku, nie pasuje mi jeden składnik do drugiego, delikatny rasta wokalista podśpiewuje i macha rączkami do kosmicznego napierdolu, niby punk a wszyscy doskonali technicznie (tak wiem, że może tak być, ale jakoś przyzwyczajony do tego jestem, że punk nie równa się perfekcji wykonawczej). młócki naprzemiennie z rege i mamy najlepszy chyba koncert całego festiwalu, i restless youth chcącą więcej - gość bardzo przypominający Kazika dopycha się do barierki i krzyczy: Jebać to kurwa! Rozpierdolimy tą scenę! BAD BRAINS! To to ja rozumiem.
5. Editors. zapowiadało się na kolejny najlepszy koncert, i wszystko działało jak należy, jeno wokalista zwrotek nie dokańczał, i nie dokończył też koncert jak należy, bo głosu mu brakło po prostu. straszne, szczególnie dla jednodniowców. bezwględnie muszę się na pełnowymiarowy występ Editors wybrać, bo działa działa działa to na żywo! a najsmutniejsza rzecz jaką widziałem, to palacze przed drzwiami szpitali... (no bez tego kawałka, choćby i bez wokalu, to bym ich nie wypuścił, ale zagrali, na koniec, przepięknie).
6. krótko się spało, ale jednak się wyspało, mimo "bani" (BANIA!), "sto lat" dla Pabla czy "daj kamienia" i "gdzie jest szymon" oraz zawziętego bębniarza gdzieś tam. Pablo zresztą musiał o 2:37 iść i promować edukację wśród rybaków. ten to ma misję.
7. Czesław Śpiewa na żywo jest taki, jak sobie wyobrażałem. dużo śpiewania (no bo czego?), delikatne instrumenty w tle, zupełnie nierockowa forma genialnie sprawdzająca się na rockowym festiwalu, choć oczywiście też za jasna, za wcześnie, i za krótko (ledwo 40 min? grać, nie srać!)
8. The Automatic - jeszcze więcej energii niż Ignite, jeszcze bardziej bym sobie sam tego nie włączył, i jeszcze bardziej się utwierdzam w tym - jakieś nieznane mi indie-gówno, a bawię się lepiej jak na znanych mi nie-indie-nie-gównach.
9. Myslovtiz. leje, leje jak skurwysyn, ale zapłacono i na gwiazdę popatrzeć trzeba. o wiele bardziej spodobali mi się na żywo niż na płytach, grają solidnie, z pazurem, gdzie trzeba - klimatycznie, i jak wcześniej nimi nieco pogardzałem, to teraz bronił ich będę. za ten koncert w strugach deszczu. i na pewno się przejdę kiedyś na nich jeszcze.
10. leje jak skurwysyn na myslovitz? to na Armii leje po stokroć gorzej. ale ja tu dla tego zespołu przyjechałem (obok mnie gość przyjechał dla Siekiery, i od tej Siekiery miał tak zdarte gardło, jak ja godzinę później). Armia gra z dziećmi jarocina Ukrytą miłość, je je jeee, po czym dokurwia (przepraszam, ale mój słownik na taką moc ma tylko takie określenie!) Opowieść zimową i Popioły (aby najlepszym w ich oraz polskiego grania historii albumom stało się zadość), oraz cały der Prozess (aby słusznemu pretendentowi do miana jednego z najlepszych albumów w ich oraz polskiego grania historii - tak tak, aż tak się tym jaram! - stało się zadość). Budzy jest w najlepszej w życiu formie - zdziera gardziel niemiłosiernie, aktorzy, czapkę ma czarną miast błazeńskiej, pluje na publiczność (to z przesłaniem plucie było oczywiście, jaki to mały człowiek jest Przed prawem), skacze, łapami wymachuje. najlepszy obok BB dla mnie koncert tego festiwalu.
11. lało lało lało dalej więc schowałem się w namiocie i... zasnąłem na pierwszym kawałku New Model Army. przestało padać, ale Kubson mnie nie obudził, tylko sam se poszedł NMA oglądać, a oni ponoć dobrze grali, nawet Budzy na wokal wskoczył... żal mi strasznie, solennie przysięgam na najbliższy koncert NMA się udać (już jeden w krakówku przegapiłem byłem niestety). obudziłem się, i słyszę co? słyszę bring me back a dog in the next life!!! impuls jest jednoznaczny - biegnij, forest, i po chwili baunsuję do IAMX, dla którego też tu przecież jestem. nie pada. wszystkie kawałki lepiej niż należycie wykonane, ale mnie jakoś dziwnie, bo niedospany i przemoczony jestem. pewnie w ludzkich warunkach jeszcze bardziej by mi się podobało, ale tak to na drugim miejscu tego ajemeksa umieszczam, bynajmniej nie dlatego, że Chris Corner chyba jest gejem. może sobie być, jeśli ma dawać takie koncerty.
12. dnia trzeciego wzmogła się integracja oraz spożycie wina (do liczby około 6, ale mogę o czymś nie wiedzieć), zachowanie innych oraz własne przemilczę, ale, jak to się mówi po studencku, działo się (albo raczej - musiało się dziać, bo mogę o czymś nie wiedzieć, np kim jest "Jvita" w moim telefonie?). przez owo spożycie przegapiło się marię peszek, a to źle bardzo, bo ona bardzo drogo gra normalnie, a tu prawie za darmo jakby. no szkoda szkoda, bo może nie jaram się nią (tym bardzie, że znowu tyje, łee) i 50 PLN nie dam nigdy (może na offie, hm, ale co z tym offem właściwie...)
13. ufam, że na The (International) Noise Conspiracy bawiłbym się jak na Ignite i The Automatic, ale musiałem Pabla ratować, no i uratowałem go na kawałek 30-lecia Tiltu, a ten kawałek akurat był - jak zrozumiałem - Brygadą Kryzys wykonującą Centralę. poruszyło mnie, nie powiem, i historią powiało. ale my tu przyszly po co ynnego...
14. KNŻ. myślałem, że na trzeźwo takimi tekstami rzucał nie będę, ale jednak - pół życia słyszę, że nigdy tego na żywo nie usłyszę. Kazik w każdym wywiadzie powtarzał, że nie nie nie, a jam sobie marzył marzył. i spełniają się marzenia - Kazik Na Żywo na żywo istotnie gra. i choćby 35 kawałków zagrali, miałbym niedosyt, a tu zagrali niecałe 20, to jak mam nie mieć, mam niedosyt! poza tym Kazik jakiś taki spokojniejszy, schowany powiedziałbym, zero konferansjerki, może mu głupio trochę, że w całej swej niezależności zależny jest od rozkładu jazdy festiwalu i musi kończyć, i złudne nadzieje, że ta godzinna przerwa po knż to na półgodzinne bisowanie owego. nie nie. harmonogram to hitler, stalin, i wogle.
15. Animal Collective. to bardzo ciekawe, oryginalne, ale zmęczony byłem już potwornie, także nie angażowałem się, i ufam, że był to dobry koncert, ale ja go już nijak ocenić nie umiem. organizacja tegoż festiwalu mocno zawodziła, a bolała niekonsekwencja: koncerty mają być tu unikatowe formalnie (30-lecie Tiltu) jak i materialnie (Bad Brains), z drugiej strony żelazna rozpiska zakazuje jakiejkolwiek spontaniczności typu a teraz knż gra 10 kawałków na bis, generalnie zero jarocinowości w jarocinie. konkurs to jakiś taki nieistotny dodatek, zespoliki - wszystkie takie same - coś tam sobie rano pykały, ktośtam wygrał, ale co z tego? okazało się, że dyrektorem jest wokalista Much, no to ja dziękuję. na pewno mogło być lepiej, ale kilka momentów genialnych było. Jakub nawet przebąkiwał, że sporo rozwiązań wypada na korzyść Jarocina wobec Ołpenera - można wszystko zobaczyć, scena blisko. ja na openerze nie byłem (sam nie wiem czemu właściwie... Faith No More przegapić to już gorzki żal po prostu). nie byłem, mam nadzieję, jeszcze.
16. Bania! Bania, bania! O, bania, kurwa, sto lat! Chłopaki muszą wziąć łyka, bo wiecie, słońce też operuje dzisiaj... Gdzie jest Szymon?! Szyyymooon! Szymek!!! Daj kamienia! Nie weszłeś. Paweł (Panweł) śpi na przerwie. Padłeś - leż. Porzeczka. To ja poproszę mocne. Kupiłem czarny ciągnik... Paweł źle śpi - musi poprawić. Bania! Jakiś pijany koleś pisał wczoraj dziewczynom SS na szyi. Bania! Ktoś się musiał nieźle postarać, żeby to rozwalić. To się chrzań! Bania! [i mnóstwo innych takich, co tylko 4 panów rozumie. jak się tu komuś podoba jeszcze ten blog, to polecam przejrzeć, bo niedługo cenzura - ta której miało nie być - będzie, i nieodwracalne zniszczenia spowoduje w starszych postach.]
1. zebrało się ekipę w postaci Pana Pawła, Pana Michała Radka i Pana Kuby i oczywiście nadłożywszy drogi dotarło się na miejsce, zaopaskowało się i namiot rozbiło na polu, na które nie można było wnosić alkoholu ani wchodzić bez karty meldunkowej (co za idiotyzmy, oczywiście wszyscy śmigali z piwemwinemwódką, a obcy zbierali puszki i okradali namioty). byliśmy tak głodni, że, proszę sobie wyobrazić, poszliśmy coś zjeść, i okazało się, że nie jest jakoś horrendalnie drogo tam. i piwo zimne jest, a jeśli byłoby piwo zimne na wenus, to nawet tam byłoby życie.
2. chciałem sobie kumka olik zobaczyć jako ciekawostkę, no ale wtedy to piwo piliśmy i posilaliśmy się, zatem tylko słyszałem trochę tyłem siedząc, brzmiało jak z płyty właściwie. a potem nadeszła pora na Acid Drinkers, i była to zła pora, bo gdzież taka niemalże legenda przy świetle dziennym gra? dla kilkudziesięciu osób? pograli z nowej płyty (świetnej), poeksponowali nowego członka, który jest bardzo owłosionym i głośnym członkiem, stare kawałki też połoili, plus jeden Led Zeppelin. powinno się ich zamienić miejscami z happysadem.
3. Ignite. typowy amerykański politykujący punk, na temat tego politykowania to mam mieszane uczucia, ale jeśli chodzi o takie energetyczne granie to jestem na tak zdecydowanie. sam bym sobie tego nie włączył, ale genialnie to działa na żywo, i pierwszy solidny młyn można zaliczyć. na happysad idziemy oczywiście! pić, znaczy, idziemy, oczywiście!
4. Bad Brains. tak to jest - jak afroamerykanie chcą grać jazz-fusion, to grają reggae i w ten sposób są prekursorami hardcore punka... rozumie ktoś coś z tego? ja cały czas jestem w szoku, nie pasuje mi jeden składnik do drugiego, delikatny rasta wokalista podśpiewuje i macha rączkami do kosmicznego napierdolu, niby punk a wszyscy doskonali technicznie (tak wiem, że może tak być, ale jakoś przyzwyczajony do tego jestem, że punk nie równa się perfekcji wykonawczej). młócki naprzemiennie z rege i mamy najlepszy chyba koncert całego festiwalu, i restless youth chcącą więcej - gość bardzo przypominający Kazika dopycha się do barierki i krzyczy: Jebać to kurwa! Rozpierdolimy tą scenę! BAD BRAINS! To to ja rozumiem.
5. Editors. zapowiadało się na kolejny najlepszy koncert, i wszystko działało jak należy, jeno wokalista zwrotek nie dokańczał, i nie dokończył też koncert jak należy, bo głosu mu brakło po prostu. straszne, szczególnie dla jednodniowców. bezwględnie muszę się na pełnowymiarowy występ Editors wybrać, bo działa działa działa to na żywo! a najsmutniejsza rzecz jaką widziałem, to palacze przed drzwiami szpitali... (no bez tego kawałka, choćby i bez wokalu, to bym ich nie wypuścił, ale zagrali, na koniec, przepięknie).
6. krótko się spało, ale jednak się wyspało, mimo "bani" (BANIA!), "sto lat" dla Pabla czy "daj kamienia" i "gdzie jest szymon" oraz zawziętego bębniarza gdzieś tam. Pablo zresztą musiał o 2:37 iść i promować edukację wśród rybaków. ten to ma misję.
7. Czesław Śpiewa na żywo jest taki, jak sobie wyobrażałem. dużo śpiewania (no bo czego?), delikatne instrumenty w tle, zupełnie nierockowa forma genialnie sprawdzająca się na rockowym festiwalu, choć oczywiście też za jasna, za wcześnie, i za krótko (ledwo 40 min? grać, nie srać!)
8. The Automatic - jeszcze więcej energii niż Ignite, jeszcze bardziej bym sobie sam tego nie włączył, i jeszcze bardziej się utwierdzam w tym - jakieś nieznane mi indie-gówno, a bawię się lepiej jak na znanych mi nie-indie-nie-gównach.
9. Myslovtiz. leje, leje jak skurwysyn, ale zapłacono i na gwiazdę popatrzeć trzeba. o wiele bardziej spodobali mi się na żywo niż na płytach, grają solidnie, z pazurem, gdzie trzeba - klimatycznie, i jak wcześniej nimi nieco pogardzałem, to teraz bronił ich będę. za ten koncert w strugach deszczu. i na pewno się przejdę kiedyś na nich jeszcze.
10. leje jak skurwysyn na myslovitz? to na Armii leje po stokroć gorzej. ale ja tu dla tego zespołu przyjechałem (obok mnie gość przyjechał dla Siekiery, i od tej Siekiery miał tak zdarte gardło, jak ja godzinę później). Armia gra z dziećmi jarocina Ukrytą miłość, je je jeee, po czym dokurwia (przepraszam, ale mój słownik na taką moc ma tylko takie określenie!) Opowieść zimową i Popioły (aby najlepszym w ich oraz polskiego grania historii albumom stało się zadość), oraz cały der Prozess (aby słusznemu pretendentowi do miana jednego z najlepszych albumów w ich oraz polskiego grania historii - tak tak, aż tak się tym jaram! - stało się zadość). Budzy jest w najlepszej w życiu formie - zdziera gardziel niemiłosiernie, aktorzy, czapkę ma czarną miast błazeńskiej, pluje na publiczność (to z przesłaniem plucie było oczywiście, jaki to mały człowiek jest Przed prawem), skacze, łapami wymachuje. najlepszy obok BB dla mnie koncert tego festiwalu.
11. lało lało lało dalej więc schowałem się w namiocie i... zasnąłem na pierwszym kawałku New Model Army. przestało padać, ale Kubson mnie nie obudził, tylko sam se poszedł NMA oglądać, a oni ponoć dobrze grali, nawet Budzy na wokal wskoczył... żal mi strasznie, solennie przysięgam na najbliższy koncert NMA się udać (już jeden w krakówku przegapiłem byłem niestety). obudziłem się, i słyszę co? słyszę bring me back a dog in the next life!!! impuls jest jednoznaczny - biegnij, forest, i po chwili baunsuję do IAMX, dla którego też tu przecież jestem. nie pada. wszystkie kawałki lepiej niż należycie wykonane, ale mnie jakoś dziwnie, bo niedospany i przemoczony jestem. pewnie w ludzkich warunkach jeszcze bardziej by mi się podobało, ale tak to na drugim miejscu tego ajemeksa umieszczam, bynajmniej nie dlatego, że Chris Corner chyba jest gejem. może sobie być, jeśli ma dawać takie koncerty.
12. dnia trzeciego wzmogła się integracja oraz spożycie wina (do liczby około 6, ale mogę o czymś nie wiedzieć), zachowanie innych oraz własne przemilczę, ale, jak to się mówi po studencku, działo się (albo raczej - musiało się dziać, bo mogę o czymś nie wiedzieć, np kim jest "Jvita" w moim telefonie?). przez owo spożycie przegapiło się marię peszek, a to źle bardzo, bo ona bardzo drogo gra normalnie, a tu prawie za darmo jakby. no szkoda szkoda, bo może nie jaram się nią (tym bardzie, że znowu tyje, łee) i 50 PLN nie dam nigdy (może na offie, hm, ale co z tym offem właściwie...)
13. ufam, że na The (International) Noise Conspiracy bawiłbym się jak na Ignite i The Automatic, ale musiałem Pabla ratować, no i uratowałem go na kawałek 30-lecia Tiltu, a ten kawałek akurat był - jak zrozumiałem - Brygadą Kryzys wykonującą Centralę. poruszyło mnie, nie powiem, i historią powiało. ale my tu przyszly po co ynnego...
14. KNŻ. myślałem, że na trzeźwo takimi tekstami rzucał nie będę, ale jednak - pół życia słyszę, że nigdy tego na żywo nie usłyszę. Kazik w każdym wywiadzie powtarzał, że nie nie nie, a jam sobie marzył marzył. i spełniają się marzenia - Kazik Na Żywo na żywo istotnie gra. i choćby 35 kawałków zagrali, miałbym niedosyt, a tu zagrali niecałe 20, to jak mam nie mieć, mam niedosyt! poza tym Kazik jakiś taki spokojniejszy, schowany powiedziałbym, zero konferansjerki, może mu głupio trochę, że w całej swej niezależności zależny jest od rozkładu jazdy festiwalu i musi kończyć, i złudne nadzieje, że ta godzinna przerwa po knż to na półgodzinne bisowanie owego. nie nie. harmonogram to hitler, stalin, i wogle.
15. Animal Collective. to bardzo ciekawe, oryginalne, ale zmęczony byłem już potwornie, także nie angażowałem się, i ufam, że był to dobry koncert, ale ja go już nijak ocenić nie umiem. organizacja tegoż festiwalu mocno zawodziła, a bolała niekonsekwencja: koncerty mają być tu unikatowe formalnie (30-lecie Tiltu) jak i materialnie (Bad Brains), z drugiej strony żelazna rozpiska zakazuje jakiejkolwiek spontaniczności typu a teraz knż gra 10 kawałków na bis, generalnie zero jarocinowości w jarocinie. konkurs to jakiś taki nieistotny dodatek, zespoliki - wszystkie takie same - coś tam sobie rano pykały, ktośtam wygrał, ale co z tego? okazało się, że dyrektorem jest wokalista Much, no to ja dziękuję. na pewno mogło być lepiej, ale kilka momentów genialnych było. Jakub nawet przebąkiwał, że sporo rozwiązań wypada na korzyść Jarocina wobec Ołpenera - można wszystko zobaczyć, scena blisko. ja na openerze nie byłem (sam nie wiem czemu właściwie... Faith No More przegapić to już gorzki żal po prostu). nie byłem, mam nadzieję, jeszcze.
16. Bania! Bania, bania! O, bania, kurwa, sto lat! Chłopaki muszą wziąć łyka, bo wiecie, słońce też operuje dzisiaj... Gdzie jest Szymon?! Szyyymooon! Szymek!!! Daj kamienia! Nie weszłeś. Paweł (Panweł) śpi na przerwie. Padłeś - leż. Porzeczka. To ja poproszę mocne. Kupiłem czarny ciągnik... Paweł źle śpi - musi poprawić. Bania! Jakiś pijany koleś pisał wczoraj dziewczynom SS na szyi. Bania! Ktoś się musiał nieźle postarać, żeby to rozwalić. To się chrzań! Bania! [i mnóstwo innych takich, co tylko 4 panów rozumie. jak się tu komuś podoba jeszcze ten blog, to polecam przejrzeć, bo niedługo cenzura - ta której miało nie być - będzie, i nieodwracalne zniszczenia spowoduje w starszych postach.]
wtorek, 19 maja 2009
nie podoba się
no nie podoba mi się teraz to co pisałem tutaj kiedyś. myślałem zatem o autocenzurze. ale nie, lepiej to pozostawić tam gdzie jest i się pośmiać z tego czasem, a może poużalać. z szumnej reaktywacji gówno wyszło, ale ale, właściwa reaktywacja nastąpi (bo zrobi się wszystko, byle tylko odłożyć naukę na później), nastąpi w pierwotnej formie, znaczy "muzyka, film, lektura", jak również "wino, kobiety i śpiew". to się jakoś sprawdzało, potem dopiero jakieś bełkoty polityczne nastąpiły i rozkminy bezsensowne. nie żebym się jakoś wstydził zupełnie, ale zadowolony to ja na pewno w pełni z tego nie jestem. przewróciło się, niech leży, będę się potykał czasem (w życiu bym nie pomyślał, że Kuby Sienkiewicza słowa te odnieść do swych wypocin będę mógł). a zatem, skromnie, na początek:
wino: odstawia się na czas nauki (co jak co ale żarty to ja zawsze kiepskie miałem...)
kobiety: Tori Amos
śpiew: Tori Amos Abnormally Attracted To Sin
nie żebym jakoś nowej Tori wyczekiwał, ale niczym prawdziwy fan udałem się byłem wieczorem do sklepu i w dniu premiery album zakupiłem byłem. i podoba mi się, ale powsłuchiwać się jeszcze muszę.
wino: odstawia się na czas nauki (co jak co ale żarty to ja zawsze kiepskie miałem...)
kobiety: Tori Amos
śpiew: Tori Amos Abnormally Attracted To Sin
nie żebym jakoś nowej Tori wyczekiwał, ale niczym prawdziwy fan udałem się byłem wieczorem do sklepu i w dniu premiery album zakupiłem byłem. i podoba mi się, ale powsłuchiwać się jeszcze muszę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)